Kamila Reichert, klasa 5a, Legenda o powstaniu Ryczyna

Dawno, dawno temu, to jest około XVI wieku w okolicznych lasach Oławy był stary zamek Ryczyn, którego ruiny zachowały się po dziś dzień. Ludzie często podchodzili w pobliże tego zamku zbierając leśne runo lub drewno na opał i często zastanawiali się, co ten zamek skrywa.

(fot. pobrana ze strony: http://brzeskimikrokosmos.blogspot.com/2012/04/ryczyn-wymare-grodzisko.html)

      Nieraz nocą słychać było żałosne wycie czy to psa, czy to wilka. Toteż po zmroku nikt już nie zbliżał się do zamku. Wieść ta rozniosła się na okoliczne wsie  i miasteczka. Jak to w legendach bywa znalazł się śmiałek, który postanowił zgłębić tajemnice owego zamku. Nocą podszedł dość blisko zamku i zaczął obserwować. To, co zobaczył, było dla niego bardzo dziwne. Z zamku wyszedł biały wilk i żałosnym wyciem obwieszczał swoją obecność. Był to niby płacz, niby skowyt cierpiącego zwierzęcia. Następnej nocy śmiałek ten ubrał się w wilczą skórę i w przebraniu zbliżył się do zamku. Tam zaczaił się i czekał. Późną nocą jak poprzedniego razu znów ujrzał tego samego białego wilka, który znów jak gdyby wzywał kogoś na pomoc. Nasz bohater powoli zaczął zbliżać się do niego, ale tak ostrożnie, by go nie spłoszyć. Biały wilk zaczął coś przeczuwać, więc odwrócił głowę i ujrzał drugiego wilka. Najpierw długo go obwąchiwał, a następnie oglądając się za nowo przybyłym wilkiem, ruszył w stronę zamku. Jakież było naszego bohatera zdziwienie, gdy zamiast jakiejś zjawy ujrzał w zamku taką jak wilk białą bardzo osłabianą wilczycę i troje małych wilcząt popiskujących i wygłodniałych. Okazało się, że wilczyca była bardzo chora i słaba, więc nie mogła wykarmić swoich dzieci. W lesie tym brakowało zwierzyny, na którą biały wilk mógłby zapolować, a daleko nie mógł odchodzić, bo bał się o swoje dzieci i wilczyce, by nikt ich nie skrzywdził. Nasz bohater wrócił i umyślił sobie plan, że co nocy w przebraniu wilka będzie wracał i przynosił zwierzynę, którą sam postanowił upolować.

Odtąd przynosił im pożywienie przez tak długi czas, aż wilczyca nabrała sił, wyzdrowiała, a młode najedzone wilczki hasały wokół zamku. Widząc to nasz śmiałek był z siebie bardzo dumny i z czasem bardzo zaprzyjaźnił się z wilczą rodziną. Niektórzy mówią, że i dziś czasem późną nocą można usłyszeć radosne zawodzenie wilków.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Kacper Lis, klasa 5a, Legenda o powstaniu Godzikowic

  W dawnych, zamierzchłych czasach, w pewnej osadzie, mieszkali spokojni ludzie,którzy uprawiali rolę. Żyło im się dobrze, nie mięli wielu trosk, wychowywali dzieci i zajmowali się bydłem. W osadzie tej mieszkał Paweł. Miał on osiemnaście lat i był najodważniejszy z mieszkańców. Paweł urodził się w dość biednej rodzinie, ale ciężko pracował w polu, aby pomóc bliskim.

W tej spokojnej osadzie pojawił się jednak pewien problem. Otóż co noc, kiedy wybijała północ, rozlegało się bicie dzwonu dobiegające z opuszczonej wieży. Mieszkańcy nie mogli spać, ponieważ dzwon bił aż do świtu. Nikt nie wiedział, kto uderzał w dzwon, gdyż dzwonnica była niedostępna. Wejście do niej zamurowano dawno temu. Paweł postanowił sprawdzić, co się dzieje na wieży. W tym celu, pewnej nocy wspiął się na okoliczne drzewo rosnące nieopodal wieży. W momencie, gdy wybiła północ,chłopiec zauważył w wieży postać mężczyzny. Uderzał on w dzwon jakimś przedmiotem. Paweł zawołał do niego:

,,Co robisz człowieku?!”. W tym momencie postać odwróciła się w stronę chłopca i zniknęła. Paweł musiał sprawdzić, kim był mężczyzna. Okazało się, że na wieży nie było nikogo. Zrezygnowany chciał opuścić to miejsce, gdy nagle ta sama postać ukazała mu się ponownie i zapytała:

,,Dlaczego naruszasz mój spokój?” Paweł odpowiedział i wyjaśnił nieznajomemu, że ten co noc bije w dzwon, nie dając przy tym spać mieszkańcom. Zapytał mężczyznę, kim jest. Postać odpowiedziała:

,,Zwą mnie Godzinowidz, a biję w dzwon, ponieważ nałożona została na mnie klątwa. Po tych słowach zjawa znów zniknęła. Następnego ranka Paweł opowiedział mieszkańcom o spotkaniu z duchem oraz o klątwie, która na nim ciąży. Wszyscy mieszkańcy osady postanowili zniszczyć wieżę, myśląc, że w ten sposób pozbędą się problemu. Tak też zrobili. Paweł jednak martwił się dalszym losem zjawy. Na jej cześć nazwał osadę, w której się urodził i mieszkał Godzinowicami. Jednak duch chciał się zemścić na mieszkańcach, więc czasami w nocy straszył ich i niepokoił.
(fot. pobrana ze strony: https://pl.wikipedia.org/wiki/Godzikowice)
Z opowiadań starszyzny, która mieszka w tej miejscowości wynika, że czasami zjawa ukazuje się w nocy ludziom i straszy ich. Ja również mieszkam w tej wsi, która nadal pozostała spokojną miejscowością. Legendę usłyszałem od mojej prababci, która opowiedziała mi ją pewnego, zimowego wieczoru…
Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Julia Hołtra, klasa 4a, „Oława – moja mała ojczyzna”

Oława to ukochane miasto mojej babci, która urodziła się tutaj i nigdy nie chciała zmienić miejsca zamieszkania. Babcia to prawdziwa patriotka lokalna i stara się rozbudzić we mnie więź z miastem. Często spacerujemy uliczkami Oławy, a ona pokazuje mi ciekawe zakątki, wspomina dawne czasy i wskazuje na zmiany, jakie zaszły w mieście. Jej wspomnienia wydają się niewiarygodne i mam wrażenie, że opowiada o zupełnie innym miejscu. Jednak zabytki świadczą o historii miasta.

Przyjmuje się, że prawa miejskie Oława otrzymała w 1234 r. – data łatwa do zapętania z uwagi na kolejność występujących w niej cyfr. Jest ona dziedzictwem Piastów, a później siedzibą królewicza Jakuba Sobieskiego. Dzieje mojego miasta są kręte. Odkrywanie historii Oławy przypomina czasami zabawę detektywistyczną, podczas której poznajemy prawdziwe „perełki” architektoniczne i przyrodnicze. Moje wspomnienia to raczej podróż emocjonalna. Przedstawię miejsca, które dostarczają mi wielkiej przyjemności i wprawiają w zachwyt.

Najlepiej wspominam zwiedzanie oławskiej wieży ratuszowej, chociaż fakty historyczne, które przedstawiam, przeczytałam w pięknie ilustrowanych materiałach źródłowych o Oławie. Dzięki pieszym wędrówkom wielokrotnie odwiedzałam z rodzicami pierwszą na ziemiach polskich linię kolejową Wrocław-Oława. Zaprezentuję również herb miasta, który na pewno jest niecodzienny. Mam nadzieję, że moja relacja zachęci przyjezdnych do zatrzymania się w Oławie i spędzenia miłego dnia w tym mieście. Trudno tutaj nie trafić, gdyż widok oławskiego ratusza towarzyszy podróżującym z najdalszych krańców horyzontu. Każda główna droga zmierza w jego kierunku, a nocą jest on dodatkowo pięknie oświetlony. Sprawia wrażenie, że „wszystkie drogi prowadzą do ratusza (przysłowiowego: Rzymu)”. Wynika to z lokalizacji miasta na prawie średzkim, według którego układ rynku jest czworoboczny z ratuszem w środku oraz regularną siecią ulic.

W Oławie warto zobaczyć wspomniany przeze mnie średniowieczny ratusz. Pierwotnie była to budowla gotycka z 1353 roku, ale w 1823 roku została przebudowana zgodnie z panującymi tendencjami i obecnie nawiązuje do stylu neoklasycznego. Pamiętam wyprawę z tatą na barokową wieżę ratuszową z 1637-38 roku, która jest wysoka na 54,6 metra. Jej podstawa jest czworoboczna, a następnie przechodzi w ośmiobok z galerią i bardzo wysokim hełmem. Po renowacji ratusza, z tarasu widokowego podziwialiśmy panoramę miasta i okolicznych miejscowości.

Był pogodny dzień i mogliśmy zobaczyć nie tylko miasto, rozpoznając domy naszych bliskich, ale widzieliśmy również masyw Ślęży oraz najwyższy budynek we Wrocławiu i w Polsce – Sky Tower. Nasza radość była ogromna, nie mogliśmy uwierzyć własnym oczom. Na wieży ratuszowej oglądaliśmy również serce zegara. Mechanizm zegara figuralno-astronomicznego z 1718 r. jest nadal sprawny. Uznawany jest on za arcydzieło europejskiego kunsztu zegarmistrzowskiego. Mechanizm jest tak olbrzymi, że sięga kilku kondygnacji. Uruchamia on drewniane figury znajdujące się na czterech tarczach wieży ratuszowej. Na przemian, między nimi znajdują się cztery tarcze zegara. Figury na wieży mają swoją symbolikę. Znajduje się tam pozłacana kula księżyca na rozgwieżdżonym niebie, która obraca się i wskazuje dokładnie jego fazy w 28-dniowym cyklu. Symbolizuje ona upływ czasu i cykliczność faz księżyca, z którym dawniej ściśle był związany cykl biologiczny. Kogut goni kurę w rytm uderzającego zegara. Nawiązuje on do herbu miasta i symbolizuje płodność i ciągłość życia. Śmierć porusza kosą w rytm kwadransów i oznacza przemijanie: narodziny – śmierć i przemianę pokoleń. Figura króla Salomona w rzymskim stroju porusza ustami oraz berłem. Postać króla jest symbolem mądrości i sprawiedliwości oraz zgody sąsiedzkiej. Na galerii widokowej od południa znajduje się zegar słoneczny, który służył do nastawiania mechanizmu zegara mechanicznego. Upływ czasu odmierzają dzwony, które mają wyryty herb miast i rok 1669. Historia zegara jest bardzo ciekawa i warto ją poznać. Planuję kolejną wyprawę na więżę ratuszową, żeby powtórnie przeżyć niezapomniane chwile. Zapraszam wszystkich mieszkańców miasta oraz przyjezdnych do odwiedzenia ratusza i wejścia na jego wieżę. Naprawdę warto obejrzeć panoramę miasta i poznać jego historię.

Według źródeł historycznych w średniowieczu Oława zasiedlona była przez tkaczy walońskich. Pozostawili oni po sobie graficzny symbol ludności pochodzenia francuskiego – koguta. Znajduje się on w herbie miasta już od ponad 600 lat. Jest to galijski biały kogut
w czerwonym polu. Obchody święta miasta noszą nazwę Dni Koguta i zawsze odbywają się pod koniec czerwca. Każda szkoła prezentuje wtedy olbrzymią figurę pięknie udekorowanego koguta, rywalizując o miano najpiękniejszego symbolu. W tym dniu odbywają się zawody walk kogucich, wybierany jest najładniejszy żywy Koguci Mister oraz wykonywane są prace plastyczne związane z wizerunkiem koguta. Oczywiście uroczystości trwają przez cały weekend, a program obfituje w atrakcje.

Zapraszam również do spędzenia wolnego czasu w parku miejskim w Oławie. Najbardziej lubię wspaniałe place zabaw, ścieżki edukacyjne i rekreacyjne. Chętnie spędzam czas w parku przy dworcu kolejowym, z powodu fascynacji braciszka pociągami. W domu tory przeplatają się wzdłuż korytarzy i wszyscy krążymy wokół nich, jak w jakimś labiryncie. Tata śmieje się, że pasję do kolejnictwa odziedziczyliśmy po jego mamie. Myślę, że żartuje, bo więzi babci z koleją wyłącznie wiążą się z pracą w przychodni kolejowej w Oławie, a nie
z pasją. Wspaniale jest patrzeć na przejeżdżające pociągi, a w szczególności na piękne
i szybkie Pendolino. Uwielbiamy z bratem wbiegać pod przejazd, żeby poczuć grozę przejeżdżającego pociągu. Ostatnio rodzice założyli się o wiek najstarszej linii kolejowej
w Polsce, która biegnie na trasie Wrocław-Oława. Najbliżej prawdy był tata, chociaż pomylił rok jej uruchomienia (22 maja 1842 r. o godzinie 6.00 rano) z rokiem jej planowania (1836 r.). Odnowiony budynek dworca kolejowego jest piękny, chociaż szkoda, że brakuje informacji upamiętniającej fakt historyczny powstania pierwszej kolei na Śląsku. Kiedy obeszłam z rodzicami dworzec, mama opowiedziała mi o lokalizacji i funkcji pomieszczeń znajdujących się w obiekcie. Okazuje się, że kiedyś życie tętniło w tym miejscu.  Wielka szkoda, że dzisiaj wszystko zostało zapomnienie. Pamiętam też, że z okazji 170 rocznicy otwarcia kolei w Oławie, byłam na wystawie taboru kolejowego. Jechałam drezyną ręczną,
a największą atrakcją była przejażdżka po stacji w wagonie pasażerskim ciągniętym przez parowóz. Ale było dymu i hałasu…

Przybyszu, jeśli tylko nadarzy się okazja, zapraszam Cię do odwiedzenia Oławy
i  skorzystania z atrakcji, którymi kusi miasto. Dni Koguta, to naprawdę wspaniały czas na ciekawe spędzenie miłych chwil. Oława to kolebka historii, a w ciepłe czerwcowe dni wspaniałe miejsce do zabawy i relaksu.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Jeremi Barabach, klasa 5a, „Spacer po oławskim parku”

Wiele osób ma swoje ulubione miejsce, do którego z chęcią wraca. Takim miejscem dla mnie jest park miejski w Oławie. Chociaż znam go jak własną kieszeń, to nadal lubię tam chodzić. Mam to szczęście, że mieszkam naprawdę niedaleko.

Lubię przemierzać parkowe alejki, gdy potrzebuję ciszy i spokoju. Park  świetnie też się sprawdza jako miejsce spotkań i zabaw ze znajomymi. Każdy spacer to niezwykłe spotkanie z historią mojego miasta, bo wiem, że niektóre drzewa rosną tu od co najmniej stu lat. Czasami wyobrażam sobie restaurację i inne obiekty, które tu kiedyś istniały. Latem można było odwiedzić parkową kafejkę lub odbyć wycieczkę na gondoli, a zimą można było skorzystać z toru saneczkowego. Dla  miłośników zimowych atrakcji było lodowisko. Ten park był miejscem relaksu i odpoczynku dawnych Oławian.

Dzisiaj park to też teren rekreacyjny i ulubione miejsce spotkań mieszkańców mojego miasta. Często tam można spotkać osoby na rowerach, rolkach albo dorosłych z dziećmi. Oławianie czas wolny spędzają tu aktywnie lub na spotkaniach ze znajomymi. Nie ma już co prawda toru saneczkowego, nie pływają gondole, ale są trasy rowerowe, ścieżka zdrowia i ścieżka edukacyjna. Dlaczego jest to dla mnie miejsce niezwykłe? Ponieważ lubię jeździć tam rowerem, obserwować przyrodę w różnych porach roku, robić zdjęcia i spacerować. To świetna alternatywa do świata wirtualnego, który wciąga ludzi w moim wieku.

 Park jest miejscem, które integruje różne pokolenia. To niesamowite, że kilkadziesiąt lat temu bawili się tu moi dziadkowie, a teraz i ja spędzam tu wolne chwile z rodzicami lub kolegami. Wiem, że niezależnie od czasów, ludzie potrzebują odpoczynku i kontaktu z przyrodą, a nasz oławski park im to umożliwia.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Kamila Reichert (kl. 5a) „Magiczne miejsce dla niechcianych oławskich czworonogów”

            W styczniu 2008 roku w Oławie przy ulicy Rybackiej, tuż przy rzece Odrze, powstało przytulisko dla bezdomnych zwierząt. Początkowo było kilka boksów. Schronisko systematycznie rozwijało się, powstawały nowe kojce, wybiegi dla zwierząt. W końcu  podłączono wodę  i prąd. Wraz z upływem czasu został zakupiony domek dla kotów, który umożliwił pomoc bezdomnym kociakom. Opiekunami schroniska są lekarze weterynarii. Jest to małżeństwo, które prowadzi przychodnię dla chorych zwierząt w Oławie przy ulicy Lechonia. Wolontariusze i opiekunowie codziennie karmią swoich podopiecznych i dbają, aby zawsze była woda do picia. Zwierzęta są kąpane, czesane, a jeśli jest taka potrzeba, spryskiwane środkami przeciw insektom. Przytulisko ma również swoją stronę internetową. W  Gazecie Powiatowej zawsze jest kilka zdjęć psów i kotów do adopcji.

Gdy przychodzę do schroniska wybieram smycz, psa i wychodzę z nim na spacer. Przechadzając się wałem idę w stronę lasu, w którym mieszkają dzikie zwierzęta. Nieraz w oddali widziałam sarny i dziki. Po prawej stronie wału wiosną kwitnie żółty rzepak, którego zapach roznosi się po okolicy. Po lewej jest kilka małych obszarów leśnych, a trochę dalej pola uprawne. Po okresie żniw, poniżej wału widać uzbierane małe sterty siana. Latem wieje tam przyjemny wietrzyk i świeci słońce. Idąc wałem można dotrzeć do Winnej Góry.                       Często letnią porą  schodzę z wału nad rzekę Odrę, aby psy ochłodziły się w wodzie. Przy Odrze rośnie dużo drzew i krzewów, można spotkać w nich bażanty i zające.  Na wale często spacerują inni ludzie ze swoimi psami, z którymi nasze czworonogi ze schroniska chętnie się bawią. Po godzinie spaceru wracam z psem, karmię go, wprowadzam do boksu i odkładam smycz. W środku jest już miska pełna świeżej wody.

W przytulisku psy trzymane są w boksach. W klatce przebywają maksymalnie dwa psy. To pozwala im swobodnie się poruszać. W kojcach jest czysto, ponieważ często je sprzątamy. Sama nie mogłabym odrabiać lekcji z bałaganem na biurku, więc rozumiem wagę porządku w mieszkaniu pieska. Przytulisko jest ogrodzone metalowym płotem dla bezpieczeństwa zarówno psów, jak i ludzi. Wewnątrz  znajduje się niewielkie pomieszczenie gospodarcze. Tam opiekunowie schroniska przechowują karmy i gotują ciepłe posiłki dla swoich podopiecznych. W pomieszczeniu tym mieści się kran z bieżącą wodą.                        W miejscu obok boksów znajduje się listwa z haczykami, na której wiszą obroże, kagańce i smycze. Bardzo lubię, że jest wszędzie ład, wszystko ma swoje miejsce. Dzięki temu obsługa boksów trwa szybko i sprawnie, więc jest sporo czasu na zabawę z pieskami i kociakami.  Często podglądam dorosłych podczas  podawania posiłków. Zwierzęta karmione są suchą i mokrą karmą oraz ciepłym posiłkiem szczególnie jesienią i zimą. Do picia dostają czystą wodę. Nasi pupile lubią wychodzić na spacer, ponieważ to ich jedyna okazja wyjścia z boksu i pobiegania. Wyprowadzamy psy dwa razy dziennie. Rano od godziny ósmej do dziewiątej i popołudniu od godziny piętnastej do szesnastej. Często wolontariusze zostają dłużej w przytulisku, aby wykąpać zwierzęta i posprzątać ich klatki.

W schronisku przebywają nie tylko bezdomne zwierzęta, ale również te, których właściciele musieli wyjechać i nie mieli z kim ich zostawić. Takie zwierzęta są same w boksie. Właściciele tych zwierząt w zamian za opiekę kupują dziesięciokilową lub  większą karmę. Po umówionym czasie przychodzą oni po psa i zabierają do domu. Jeśli właściciele nie przyjadą po swojego psa, bo też tak się zdarza, to zwierzę może adoptować ktoś inny.

A jak wygląda adopcja zwierząt? Gdy jakaś osoba znajdzie błąkające się od paru dni zwierzę i przyprowadzi je do schroniska, wtedy zajmuje się nim opiekun przytuliska. Pies przechodzi kilkudniową kwarantannę w osobnym boksie. Jest obserwowany, badany przez lekarza  i przechodzi wszystkie ważne szczepienia. Jeśli jest to pies starszy, nadaje mu się imię (szczeniakom nie nadaje się imion, ponieważ bardzo szybko trafiają do rodzin). I od tego momentu wystawiony jest do adopcji i można z nim wychodzić na spacer. Chcąc adoptować zwierzę, należy przyjść do schroniska i zapoznać się z psem. Najlepiej zabrać potencjalnego nowego członka rodziny na spacer i obserwować jego zachowanie. Następnie trzeba podpisać umowę adopcyjną i wtedy opiekun schroniska wydaje książeczkę zdrowia psa wraz ze szczepieniami. Najczęściej adoptowane są psy. Po jakimś czasie opiekun przytuliska przyjeżdża do domu tej osoby, która zaadoptowała zwierzę. Wtedy pracownik schroniska kontroluje, czy pies jest dobrze traktowany i czy ma dobre warunki bytu. Zdarza się, że pies źle się czuje w domu, jest źle chudy, markotny,  ma brudną sierść. Wówczas wraca on do schroniska. W lipcu 2015 roku  do przytuliska trafiła świnka wietnamska, która przebywała w osobnym boksie. Nowa lokatorka miała własny domek, który  wyglądał dokładnie jak buda dla psa. Wizyta tego niespodziewanego gościa zainteresowała wszystkich ludzi odwiedzających  schronisko.

Do schroniska nie trafiają tylko porzucone zwierzęta. Niektórzy ludzie nie potrafią albo nie chcą się zajmować czworonogami. Bywa i tak, że ludzie znęcają się nad swoimi zwierzętami. Odbierane są one nierozważnym i okrutnym właścicielom, aby trafić do przytuliska, gdzie czekają w nadziei na swój nowy dom. Takie zwierzęta naprawdę potrafią kochać. Wiem o tym doskonale, ponieważ mam psa „przybłędę”, którego przygarnęliśmy dwa lata temu. Podczas jesiennej burzy wychudzony, zmarznięty i zmoknięty przyszedł pod mój dom. Położył się na wycieraczce przed naszymi drzwiami. Po kilku dniach znaleźliśmy jego właściciela,  który stwierdził, że nie chce tego psa, ponieważ  ma dwa nowe. Obecnie Maksiu jest naszym oczkiem w głowie. My jesteśmy szczęśliwi, że mogliśmy pomóc bezdomnemu zwierzęciu, a Maksiu jest zachwycony swoją nową rodziną. Skąd to wiem? Mamy swoje tajemne sposoby na porozumiewanie się.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj